LUDZIE ODCHODZĄ, WSPOMNIENIA POZOSTAJĄ
1 września pożegnaliśmy naszą Koleżankę i byłą Nauczycielkę naszej szkoły - śp. Annę Jackowiak. Pożegnaliśmy osobę, która żyła i pracowała wśród nas, z nami i dla nas, z którą wspólnie tworzyliśmy "Trójkową historię".
Swoje wspomnienia o czasie z Nią spędzonym ujęła w słowa Natalia Kaleniewicz - niegdyś Jej uczennica, dzisiaj - nauczycielka języka polskiego.
Wspomnienie o Ani Jackowiak (1953-2017)
To jedno z najwcześniejszych wspomnień z dzieciństwa - myślę, że musiało to być lato 1983 roku. Pani Hania przyjechała do nas z córką i mężem do Koszut. Niedzielna wizyta, Iza ubrana w piękną, białą sukienkę. Siedziałam akurat z bratem w piaskownicy pełnej błota - lepiliśmy sobie z brei ubrania na skórze. Iza po sekundzie po prostu weszła do nas w tych bielach, batystach i koronkach i od razu ulepiła sobie z błota na nogach rajstopy. Pamiętam, jak pani Hania stoi nad nami, patrzy na nasze błotne ubrania i się śmieje. Tym swoim charakterystycznym, głośnym, dźwięcznym śmiechem. I teraz, kiedy to piszę słyszę ten śmiech wyraźnie. A niby Jej nie ma. Ale ja słyszę Jej śmiech, więc Ona musi tutaj chociaż trochę być, prawda?
2 września 1988 roku. Moja pierwsza lekcja polskiego w czwartej klasie. Pamiętam jak dziś, że mieliśmy dwa "polaki" pod rząd i zapisaliśmy od razu trzy strony w zeszycie. Trzy strony - dla dziesięciolatka to makabra, myśleliśmy, że nam ręce odpadną. Klarowała nam przez dwie godziny co i jak - że zeszyty w szerokie linie, że tematy podkreślamy, lektury czytamy. I tak dalej. Lekcja na rozpoczęcie jakich wiele. Ale później przysiadła na pierwszej ławce, zrobiła groźną minę i powiedziała, że jeśli będziemy robić to, co nam każe, to będzie dobrze. Ale jeśli nie, to... zamieni się w groźna żmiję! Jak ja się wtedy bałam! Mieliśmy po 10 lat i byliśmy sztywni z przerażenia - tak bardzo lękaliśmy się tego, co nam zrobi, jeśli my tej "Akademii pana Kleksa" nie przeczytamy i tematów nie będziemy podkreślać. Kiedyś, kiedy już pracowałyśmy razem, wspomniałam Jej o tym. Nie mogła w to uwierzyć, że się Jej baliśmy - śmiała się długo i głośno tym swoim charakterystycznym, dźwięcznym śmiechem. I teraz, kiedy to piszę, słyszę ten śmiech wyraźnie.
A później było 5 lat lekcji polskiego. Policzyłam dokładnie - około tysiąc sto godzin. Wtedy wydawało mi się, że lekcje były raczej zwyczajne - ale przecież kiedy pisaliśmy list, to każdy musiał sobie wyobrazić, że jest chmurką i pisze list do nieba. I wysłać go na Jej adres domowy! I Ona - Niebo - wysyłała na nasze adresy domowe kartki z recenzją listu i oceną. Nigdy później nie czekałam z taką niecierpliwością na listonosza!
Przypominam też sobie, gdy redagowaliśmy opis sytuacji. Staliśmy na rogu 20 Października i Kościuszki, a pani Hanka się piekliła, że za dużo piszemy czasowników. Nie śmiała się wtedy.
Pamiętam też, co się działo, kiedy nam coś źle poszło. Stała na środku i dawała nam reprymendę całą sobą. Zawsze miałam wrażenie, że jeszcze trochę i wybuchnie. Sama mówiła w takich sytuacjach, że "zaraz wyjdzie z papci i stanie obok!" Wierzyliśmy wtedy, że tak będzie i któregoś dnia naprawdę eksploduje. Czuliśmy też, że to będzie nasza wina, bo to my źle napisaliśmy dyktando albo sprawdzian.
Nie prowadziła z nami kółek, dodatkowych zajęć, nigdy nie mówiła, że mamy coś zrobić, nie narzucała się. Bo nie musiała! Po prostu stwarzała taki klimat, że nam się chciało. Kilka dziewczyn z mojej klasy dużo pisało. Pamiętam te opowiadania - kilkustronicowe, pewnie pretensjonalne i nudne jak flaki z olejem, pełne byków ortograficznych i brakujących przecinków. A jednak Ona zawsze to wszystko sprawdzała i dodatkowo oceniała. Przynosiliśmy Jej więc coraz dłuższe ramoty. Nigdy nie straciła do nas cierpliwości - każde dodatkowe zadanie czy przeczytana książka były nagradzane. Zawsze.
Kiedyś, w siódmej lub ósmej klasie, przechwyciła jakiś liścik ze świństewkami, który przeszedł przez całą klasę - każdy coś dopisał. Miała moment zawahania, czuliśmy, że Jej "wyjście z papci" jest bliższe niż kiedykolwiek, ale po chwili zmieniła zdanie. Powiedziała, że nie wpisze uwag i nie zrobi afery, jeśli liścik wkleimy do klasowej kroniki i wspólnie napiszemy z tego notatkę. Śmiała się z nas. Tym swoim głośnym dźwięcznym śmiechem. I ja słyszę ten śmiech. Teraz, kiedy to piszę.
Odchudzała się co jakiś czas - chodziła z kostką białego chudego sera, który podjadała w kryzysowych momentach. Mam wrażenie, że bywała wtedy nieco bardziej skłonna do opuszczania swoich papci na naszych lekcjach.
Sięgam też pamięcią do dnia, kiedy przyszła na lekcje zapłakana, bo Jej mama była bardzo chora. Mieliśmy recytować wiersza Tuwima "Dwa wiatry". Odpytywała nas - siedząc i płacząc przy biurku. A myśmy po kolei o tym wietrze w sadzie. Pamiętam tę atmosferę - można było siekierę w klasie zawiesić. I przypominam sobie Marka, który wyszedł na środek. Marek urodził się artystą. A artysta ma to do siebie, że zadań domowych raczej nie odrabia i z obowiązków się raczej nie wywiązuje. Tym razem też tak było - wyszedł na środek, stanął pod tablicą i... ułożył swój wiersz. Przedstawił swoją improwizację na temat "Dwóch wiatrów" Tuwima. Z talentem i swadą. Dowcipnie i dobitnie, ze świetną puentą. Byłam kilka miesięcy temu na występie Marka w poznańskim klubie - on tam, na scenie był taki sam, jak wtedy pod tablicą, nie zmienił się w ogóle. Ale to pani Hania po raz pierwszy pozwoliła mu być artystą. Doceniła jego występ. Płakała, ale śmiała się równocześnie. Dźwięcznie i głośno. A Marek dostał piątkę.
Nie mówiła nam tego, ale wiedzieliśmy, że Jej na nas zależy. Baliśmy się Jej, ale czuliśmy również Jej ogromną do nas sympatię. Potrafiła docenić jak nikt inny to, że ktoś jest sobą. Nie musieliśmy udawać. Ona też miała odwagę zawsze być sobą. Każdego dnia wiedzieliśmy, jaki ma humor - miała to wypisane na twarzy bardzo wyraźnie. Nie udawała. Dlatego przez te pięć lat widzieliśmy Jej śmiech i Jej łzy. Jej radość i Jej furię. I we wszystkim była autentyczna. Nauczyciel z krwi i kości. Kiedy nam coś opowiadała, to robiła to całą sobą, każdą komórką swojego ciała, całym sercem. Może dlatego lata później okazało się, że chyba nam tego serca dała za dużo. Za mało zostawiła dla siebie i ono się zbuntowało. Egzaminy zdaliśmy bardzo dobrze - z mojej klasy każdy dostał się do takiej szkoły średniej, do jakiej chciał. A przecież byliśmy wyżowym rocznikiem!
W pamięci mam też sytuację, na którą nie zareagowała śmiechem, gdy Ją naprawdę zawiedliśmy i miała do nas wielki żal. Było to w dniu, kiedy uciekliśmy z Jej lekcji na wagary. Chyba autentycznie wzięła to bardzo do siebie, ponieważ powiedziała, że Ona nam to wybaczy, ale nam tego nigdy nie zapomni.
Później byłam na praktykach studenckich. Pamiętam tę klasę - nieznośna bardzo i dwóch Jakubów w ławce pod ścianą ciągle błaznujących. Śmiała się jednak, kiedy powiedzieli coś naprawdę dowcipnego. Słyszę ten śmiech dźwięczny i głośny teraz, kiedy to piszę. Przypominam też sobie, jaką mi piękną opinię napisała. Z podsumowaniem, że jestem "przydatna w zawodzie nauczyciela".
Pamiętam jeszcze wiele rozmów, kiedy już pracowałyśmy razem. Ale one już się raczej nie nadają do zacytowania. Są albo tak intymne, że nawet, kiedy Jej nie ma, nie wypada mi ich zdradzać, albo język nie nadaje się do zacytowana. Bo okazało się, że prywatnie to Pani Hania potrafi ująć coś zgrabnie w prostych, żołnierskich słowach.
I sad. Sad miała piękny. Duży, z kilkoma rzędami drzew owocowych, z wysoką trawą. Chodziliśmy tam zawsze z rodzicami w połowie wakacji po wiśniowe liście do kiszenia ogórków i owoce. Przypominam sobie jeden taki dzień. Owoce narwane, my - dzieci - siedzimy na ławce i pijemy sok. Powoli zapada ciepły letni zmierzch, cykają świerszcze. Za nami ten stary sad. Ojciec mi mówił, że po raz pierwszy był w tym sadzie 18 sierpnia 1975 roku. To był ich pierwszy dzień w Trójce. Po zebraniu rady pedagogicznej zaprosiła świeżo przyjętych nauczycieli do siebie. Siedzieli pod drzewami i jedli placek upieczony przez Jej matkę. Trzy osoby - Ona, Andrzej i Grażyna. Każdy z nich jest dziś legendą tej szkoły. Ci, którzy przewinęli się przez Trójkę w latach osiemdziesiątych wiedzą, o czym piszę.
Warto też wspomnieć o tym, że była roztargniona. Kiedyś, jeszcze w szkole, opowiadała nam po świętach, że upiekła sernik... bez sera. Sama natomiast pamiętam, że gdy z Nią pracowałam pewnego dnia przyszła w eleganckich spodniach, a na każdej nogawce zaprasowane były. dwa kanty! Gdy to zauważyła śmiała się długo i głośno. Teraz, kiedy to piszę, słyszę ten śmiech wyraźnie.
Niech puentą tych wspomnień będzie to, że od kilku dni uczę polskiego Jej wnuka. Myślę, że gdyby to wiedziała, śmiałaby się serdecznie. Tym śmiechem, który mi dźwięczy w uszach od przeszło trzydziestu lat, zawsze, kiedy o Niej pomyślę.
Jeszcze jedno - bo jakoś tak się nie złożyło - powinnam Jej kiedyś powiedzieć: dziękuję. Dziękuję, że była Pani tak ważną częścią mojego dzieciństwa i młodości. Nigdy Pani nie zapomnę.
Natalia Kaleniewicz